środa, 18 października 2017

Nic się nie zmieniło

   Kiedyś każda ciężka choroba wiązała się z możliwością utraty życia. Grypa, angina, a nie daj boże zapalenie płuc czy oskrzeli były niczym wyrok śmierci. Wygrzebie się z tego czy się nie wygrzebie? - zachodzili w głowę najbliżsi. Wynalezienie lekarstw to dobro ogółu, możemy być wdzięczni naukowcom za te piękne dary. Trochę jednak stało się tak, że lekarze zaczęli nadużywać tych substancji uzdrawiających. Na wszystko przepisywany jest antybiotyk. Większość osób nie zna różnicy pomiędzy grypą a anginą i wychodząc od lekarza z 'grypą' trzyma w ręku antybiotyk. Wiele razy starałam się sprzeciwić. Mówiłam NIE, proszę dać mi inną alternatywę, aby wyleczyć ból gardła. Za każdym razem spotykałam się z lekkim niedowierzaniem lekarza i odpowiedzią trochę nieprzekonującą. Żadnych faktów, tylko ciche "powinna pani wziąć antybiotyk, ja bym wzięła". I bądź tu człowieku mądry. 
   Wiem, że sprawa tych lekarstw jest dość kontrowersyjna. Ludzie nabierają coraz większego zaufania do medycyny niekonwencjonalnej, a lekarze rodzinni przekupowani firmami farmaceutycznymi tracą w oczach pacjentów. Sama wielokrotnie się wahałam. "Przepisał mi to dlatego, że naprawdę to dobry syrop, czy dlatego, że dostanie z tego jakiś procent?". Piszę to wszystko, ponieważ wydaje mi się, że choć wszyscy chwalą postęp medycyny, to jestem nieufna do lekarzy. Ich misją jest zapewnienie jak najlepszej opieki chorym. Ale ile to razy słyszymy, że poszedł do szpitala na zabieg, a wyszedł w ciężkim stanie? Ile razy sami przekonujemy się o tym, że to o co dbają lekarze bardziej to jednak są pieniądze?
   Czytając "Dumę i uprzedzenie" mam wrażenie, że świat niewiele zmienił się od osiemnastego wieku. Ten kto ma pieniądze, ten ma godne życie, możliwość ściągnięcia najlepszego lekarza ze stolicy i kuracji w najlepszych warunkach. Z resztą nie tylko kwestia pięniędzy pozostała ta sama. Sami ludzie przejawiają dokładnie takie same cechy. Nie trudno spotkać "tępe, leniwe i próżne" dziewczyny, niczym młodsze siostry Elizabeth. Nie trudno o adorację głupawego pana Collinsa we współczesnych czasach, czy kłamstwa i podstępy pana Wickhama. A ileż wokół nas można znaleźć panien niczym Lady Catherine, których pasją jest poniżanie innych i czerpanie z tego wspaniałej satysfakcji. 
   Nawet główna bohaterka Elizabeth, choć bystra i inteligentna nie pogardzi smakowitą ploteczką. Wystarczy użyć synonimu: ciekawostka, nowina, wiadomość i już negatywny wydźwięk zanika, można słuchać i wypytywać bez skrupułów. Dzisiaj używamy innych narzędzi, mamy inny styl życia, ale głębokie wrodzone cechy pozostają bez zmian. Liczba introwertyków na miarę Pana Darcy'ego wcale nie ubywa, małżeństw dla posagu też nie. Wystarczy ubrać to w inne słowa, być trochę bardziej elokwentnym, teraz wszyscy jesteśmy po studiach, przecież to żaden problem, czyż nie?



środa, 11 października 2017

Wisłocka i jej "Sztuka kochania"

   

   O Michalinie Wisłockiej dowiedziałam się z reklam w telewizji. Zapowiedzi jej filmu biograficznego bardzo mnie zainteresowały i od razu wiedziałam, że będę chciała go obejrzeć. Trochę ubolewałam, że nie mogłam iść do kina na "Sztukę kochania. Historia Michaliny Wisłockiej", ale na szczęście koleżanka poratowała mnie wersją na DVD w dobrej jakości. O filmie wspominam TU.
   Jako, że "Sztuka kochania..." przerosła moje oczekiwania i nawet mój chłopak, który nie rozumie polskiego, oglądał biografię z ogromnym zainteresowaniem, bardzo chętnie sięgnęłam po pierwszą autorską książkę ginekolożki. Ostatnio u mnie z czytaniem jest kiepsko. Ostatnią powieść męczyłam chyba ze dwa miesiące, a wcale nie była gruba. Naukowa książka, liczące prawie 400 stron zdawała się być samobójstwem. A jednak....wcale nim nie była. Zaczęłam czytać na wakacjach i już wtedy "pożarłam" ponad 100 stron w zaledwie kilka dni. Później praca i obowiązki trochę mnie spowolniły, ale myślę, że przeczytanie "Sztuki kochania..." w trochę ponad miesiąc to dobry wynik !
   Michalina Wisłocka rozpoczyna rozdziałem Dzieciństwo i okres dojrzewania, przechodzi na Miłość młodzieńczą, opisuje po kolei każdy etap w życiu kobiety i mężczyzny, dochodząc do dorosłości, kończąc na macierzyństwie i wczesnej starości. Sama mówi, że w ten sposób książka zatacza koło, gdyż  młode potomstwo przechodzi przez te wszystkie etapy od nowa. Wydawać, by się mogło, że w dzisiejszych czasach już nic nas nie zaskoczy. Seksualność i seks są tak powszechne, przecież wystarczy włączyć komputer, podgłośnić telewizor. Książka była pisana w poprzednim wieku, kiedy nie wszystko było takie oczywiste. Styl poradnika jest trochę powrotem do przeszłości. Można się wiele dowiedzieć o ówczesnym stylu życia. Jaka jest kobieta drugiej połowy dwudziestego wieku? Na pewno przeciwieństwem kobiety dzisiejszej. Jest skromna, raczej nie mówi o seksie wprost,  wychodzi za mąż i pragnie dzieci. Ginekolożka ostrożnie waży słowa, aby nikogo nie urazić i  każdy związek dwójki dorosłych ludzi definiuje jako małżeństwo. Dzisiaj to raczej niespotykane.
   Wiele stron poświęca wyjaśnieniom zdawać by się mogło prostych rzeczy, jak poszczególne części ciała, czy zmysły, ale jak sama wiem, nie wszystko jest zawsze takie oczywiste. Natomiast wyraźnie zauważyć można, że ogromnym problemem w tamtych czasach była seksualność u kobiet. Nie tyle, co o seksie kobietom mówić nie wypadało, co one naprawdę nie postrzegały go jako przyjemność. Michalina właśnie dlatego została słynną seksuolog, bo jako pierwsza zaczęła z powodzeniem uczyć kobiety seksu od podstaw. W wielu przypadkach obojętność lub wręcz obrzydzenie do bliskości było zasługą ich mężczyzn. Tutaj Wisłocka bardzo wyraźnie podkreślała jak ważna jest poprawna rola mężczyzny w życiu kobiety. Wielokrotnie dawała im do zrozumienia, że kobietę należy szanować i przyzwoicie traktować. Udane małżeństwo to takie, w którym dwoje kochających się ludzi traktujęe się na równi.
   Mogłabym pisać i pisać, streszczając każdy rozdział, a nawet podrozdział. Zachęcam do sięgnięcia po lekturę, ponieważ jest do bólu precyzyjna. Nie wiem czy w dzisiejszych czasach znajdziemy równie ciekawe, jak i naukowo rozpisane zagadnienia miłości i seksu. Wisłocka zdecydowanie na tak ! ;)


niedziela, 1 października 2017

O niczym

    Szczerze muszę przyznać, nawet sama przed sobą, że ostatnio kompletnie nie mam weny do pisania. Choć za oknem piękna, złocista jesień, świeczki zapalone, przytulny nastrój stworzony, jestem jakaś pobudzona. Nie wiem czy to praca, czy ogólny wewnętrzny niepokój. Ostatnio daleko mi do wielkich refleksji. Żyję z dnia na dzień. Cieszę się gdy pada deszcz, cieszę się, gdy świeci słonko. Wiem, że najlepiej lubię pisać, gdy jestem w dołku, gdy czuję się nieszczęśliwa, smutna, a najlepiej w głębokiej depresji. Wtedy myśli same przychodzą, krzyczą i pchają się na zewnątrz. Chciałabym nimi zwymiotować, wylać wszystko to, co siedzi mi w głowie. A jak jest fajnie to jest fajnie. Co tu pisać? Że dzisiaj poszłam na spacer i uśmiechałam się jak liście szeleściły mi pod butami? Że kupiłam sobie świeczkę za 4 euro, która świeci różnymi kolorami? Żadnej głębi, nic. W głowie mam tylko, że jutro poniedziałek i zamiast robić porządki jesienne, będę musiała siedzieć w domu i pracować cały dzień. Na przykład myśli moje krążą też wokół imprezy Halloween'owej. Kupiłam już kilka dekoracji, kostium prawie przygotowany, lista gości zrobiona.


     Tydzień temu pojechałam na weekend do Krakowa i w sumie o tym miał być post. Odkąd wróciłam zachodzę w głowę, co by tu napisać, żeby było ciekawie i nic mi do głowy nie przychodzi. Codziennie padał deszcz, kupiłam solniczkę w Wieliczce, piłam za darmo drinki całą noc, bo okazało się, że Kraków to miasto przyjazne paniom. Pojadłam pierogów i barszczu czerwonego, zrobiłam bezsensowne zakupy w H&M (jakby brakowało mi sklepów w Bratysławie) i nakupowałam słodyczy w Carrefourze. Wciąż ubolewam, że nie mieszkam w Polsce i nie mogę kupować płynu do kąpieli z Ziaji za 5zł. Jeszcze bardziej zaczęłam wyobrażać sobie życie w moim kraju. Mój kraj. Jak to ładnie brzmi. Wydaje mi się, że miałabym w Polsce tyle możliwości. Wszystko to, czego nie mam tutaj, miałabym tam. Choć wiem, że już po kilku miesiącach miałabym dość słuchania o polityce, narzekałabym na ludzi, jakość życia i opiekę zdrowotną, to mimo wszystko wolę narzekać na swoje, niż cudze.

    
  Jestem z północy, w dodatku z zachodu. Ludzie z północy są zimni, mniej barwni, bardziej zamknięci w sobie. Mieszkanie na południu to zupełnie inna bajka. Kraków jest przepięknym miastem, zachwycił mnie dosłownie wszystkim. Dzielnica Żydowska jest tak interesująca, że chciałabym mieć możliwość przychodzenia tam, co weekend. Ludzie, nawet gdy się nie uśmiechają i są niemili, są tacy swojscy, no prawie, że rodzina. Ale najlepsze w Krakowie jest to, że zaraz obok leży Zakopane, które jest moim najukochańszym miastem od wielu wielu lat. No i jak tu nie kochać Krakowa?


 

środa, 20 września 2017

Almuñécar - co zjeść?

"El Cortijillo"
  Hiszpania pachnie jedzeniem. Obojętne w jakim mieście jestem, Hiszpania zawsze otacza mnie swoimi pięknymi zapachami. O Palencii, która pachnie kawą pisałam TU. Po wylądowaniu w Maladze, już na pierwszym rogu poczułam charakterystyczny zapach tortilli ziemniaczanej. Kilka metrów dalej pachniało owocami morza z restauracji rybnej. Po drugiej stronie ulicy - oliwki z chlebem pokropionym oryginalną oliwą. Nie jestem wielką znawczynią, ani nawet miłośniczką jedzenia, ale moje zmysły intensywnie się wyostrzyły i poczułam się jak największa smakoszka na świecie.
   W Almuñécar już w pierwszych godzinach po przyjeździe wybraliśmy się do Baru Higuitos na przeuroczym placu o tej samej nazwie. Paellę za 18 euro podaną na ogródku wyjedliśmy do ostatniego ziarnka ryżu, ale spokojnie najadły by się 3 a nawet 4 osoby, ponieważ talerz był ogromny. Śniadania jadaliśmy na balkonie w użyczonym przez naszego przyjaciela domku na czas naszego przyjazdu. Croissanty z lokalnego sklepu przy Av. Costa del Sol były tak pyszne, że schodziliśmy po nie każdego ranka. Na koniec wszystko zagryzaliśmy soczystym arbuzem, który kupiony za kilka euro starczył nam na cały tydzień. 


   W drodze na plażę zatrzymaliśmy się w dwóch lokalnych knajpkach. La Tribuna Cafe podaje przepyszne krokiety z dorsza w towarzystwie najprostszej, ale najlepszej sałatki jaką jadłam. Restaurante la Granja z kolei podaje menu, z którego można wybrać dwa dania, deser i napój w cenie 10 euro. Jeżeli szukacie luksusu to przy samej plaży restauracja El Cortijillo serwuje najbardziej ekskluzywne dania, jakie możemy sobie wyobrazić. W dwie osoby najedliśmy się jednym menu, w którego skład wchodziła ogromna sałatka na przystawkę, grillowana ryba z warzywami jako danie główne, deser oraz lampka wina, wszystko w cenie 15 euro.
   Naszym "odkryciem wakacji" okazała się skromnie wyglądająca restauracja Lute y Jesus. Zarówno ta znajdująca się przy plaży, w drodze do Mercadony, jak i ta na przeciwko parku El Majuelo serwują najlepsze tapas w całym mieście. Do dwóch szklanek piwa cytrynowego dostaliśmy cały talerz kalmarów i sałatki z majonezem, wszystko w cenie 4 euro. Tapas to kolejne i myślę, że najważniejsze zagadnienie w tym poście. Po pewnym czasie przejedzona restauracyjnymi, pełnymi obiadami zrezygnowałam z przeglądania karty. W zamian za to, gdy byłam głodna zamawiałam caña con limon i dostawałam do tego przystawkę. Tutaj nie polecę jednego czy dwóch konkretnych miejsc, ponieważ warto iść do każdej, nawet pierwszej lepszej knajpy i zdać się na szefa kuchni. Hiszpańska tradycja podawania przystawki do każdego zamówionego piwa jest jedną z najlepszych rzeczy w tej kulturze. Czasem jest to zwykła kanapka, czasem kiełbaski, kalmary, sałatka lub porcja mięsa. Polecam wszystkim, którzy lubią niespodzianki kulinarne i nutkę adrenaliny.

Navajas w "Lute y Jesus"
   Dla miłośników zup, takich jak ja polecam restauracje El Horno de Candida. Jest to restauracja składająca się z kilku pięter w domowym wystroju. Na samej górze znajduje się taras, który dodaje romantycznego nastroju przy smacznej kolacji. Jak na hiszpańską restauracje posiada sporą różnorodność serwowanych zup i innych domowych dań przygotowanych z doskonałą precyzją. Muszę przyznać, że pojechać do Hiszpanii to kąpać się w smakach i zapachach. Zmysły wyostrzają się, a my zatapiamy się w cudownych doznaniach. Nawet kupiona tortilla z supermarketu była tak pyszna, że jadłam ją samymi palcami.

I jak tu nie kochać Hiszpanii?
M.

Bar Higuitos