niedziela, 13 sierpnia 2017

Recenzja produktów Zoelli

  
   
   Zoella w lokalnych sklepach! Nie trzeba już zamawiać przez internet z UK. Można znaleźć produkty na przykład w Niemczech. Po przyjeździe do Berlina i szybkich uściskach z rodziną, pierwsze co zrobiłam to pobiegłam do Rossmana. Mój chłopak myślał, że Zoella jest we własnej osobie w Berlinie, dziwił się tylko czemu wybrała na miejsce spotkania Rossman, taka byłam podekscytowana. Trochę się zdziwił, gdy zobaczył półkę z jej podobizną zamiast jej samej, ale ja byłam zachwycona.
   Niestety nie udało mi się załapać na najnowszą kolekcję Jelly & Gelato. Mam nadzieję, że przy kolejnym przyjeździe do Berlina uda mi się dostać te produkty, tym bardziej że gumisie to moje ulubione słodycze i coś czuję, że padnę z wrażenia, jak tylko powącham Jelly & Gelato!

Zaczynając od kolekcji standardowej, zdecydowałam się na:


  1. Peeling do ciała "Pretty polished"


   Kolekcja standardowa nie jest moją ulubioną. W zeszłym roku przy okazji mojej krótkiej jednodniowej wycieczki do Londynu kupiłam sobie kilka produktów Zoelli, między innymi mydło do rąk i płyn do kąpieli z tej kolekcji. Ani jedno, ani drugie mnie niestety nie zachwyciło. Mydła były dość słabej jakości, nie nawilżały skóry, ani zapach nie powalał. Peeling natomiast jest bardzo nawilżający, może dodałabym więcej drobinek, żeby faktycznie spełniał rolę mocnego peelingu, natomiast używam go codziennie do stóp, czy twarzy i reszty ciała i zapach i bardzo mi odpowiada.

   2. Krem do rąk "Wonder hand"


   Nigdy nie byłam miłośniczką kremów do rąk, a recenzję Zoelli, że trzyma go codziennie w torbie i używa w każdych okolicznościach przyjmowałam z przymrużeniem oka. Od jakiegoś czasu jednak moja kolekcja kremów do rąk się powiększa. Samodzielne życie wymaga ode mnie zmywania naczyń i sprzątania domu, a to jak wiadomo wysusza skórę. Kremy do rąk zawsze wykorzystuję również do nawilżania stóp. Oprócz przepięknego opakowania, mogę powiedzieć, że krem Zoelli fajnie pachnie, szybko się wchłania i dobrze nawilża.

   3.  Woda toaletowa "Sweet inspirations" i "Blissful Mistful"


   Nadszedł czas na perełki i moje ulubione produkty. Na wodę toaletową, jakąkolwiek od Zoelli, polowałam od dawna. Raz nawet zamówiłam paczkę i do mnie nie dotarła. "Sweet inspirations" to moja zdecydowanie numer jeden, ulubiona, top kolekcja. Perfumy są cudowne, spryskuję się nimi codziennie. "Blissful mistful" również ładnie pachnie, ale musi poczekać w kolejce aż nacieszę się waniliowo-gumisiowym zapachem inspirowanym słynnymi 'macaroons'.

   4. Mleczko do kąpieli "Bath latte"


   Niestety nie mam wanny, więc wybierając ten produkt bałam się, że jest to bardziej mój kaprys niż kosmetyk, który faktycznie użyję. Okazało się, że "Bath latte" idealnie sprawdza się pod prysznicem, pieni się, można używać go do golenia, ponieważ fajnie nawilża, a w dodatku nieziemsko pachnie. Jedyne co mnie smuci, to w jak szybkim tempie go ubywa.

   5. Balsam do ciała "Double creme"


   Zwięczeniem mojej obsesji na punkcie kolekcji "sweet inspirations" jest balsam do ciała. Jak wszystkie produkty Zoelli jest to piękny design, urocza tubka balsamu do ciała, który pachnie jak nic innego. Jest bardzo gęsty i fajnie nawilża. Zostawia białe smugi na ciele, więc trzeba długo wcierać lub zostawić niewtarty na kilka minut póki się wchłonie, ale nie jest to dla mnie minusem tego produktu. Wyobraźcie sobie tylko jak muszę pachnieć, gdy używam mydła, balsamu i na koniec perfum z tej samej kolekcji ;)

   Produkty Zoelli nie są standardowe. Piękne opakowania, oryginalny zapach i dobra jakość za względnie niską cenę. Polecam serdecznie, myślę że takie kosmetyki wywołają uśmiech na twarzy każdej kobiety.

Jeżeli nie wiesz kim jest Zoella, zapraszam na mój post TUTAJ

Próbowaliście już czegoś?


niedziela, 6 sierpnia 2017

Poznawanie nowych ludzi

   Pamiętam jak byłam mała, jeździłam z mamą na plażę, jezioro, czy jakieś wycieczki. Po pewnym czasie zaczynałam się nudzić i trochę marudziłam. W pobliżu zazwyczaj były inne dzieci, ale i mi i im brakowało odwagi, żeby się poznać. Zresztą jak spojrzeć na to z dzisiejszej perspektywy, to dorośli ludzie bardzo często otoczeni są innymi osobami i mimo to, nie zaczynają przypadkowo ze sobą rozmawiać tylko dlatego, że się nudzą. Z wyjątkiem babć. One gadają zawsze i wszędzie.
   Na tych wycieczkach zazwyczaj przychodziła odwaga pod sam koniec ich trwania. Poznawałam się w końcu z innymi dziećmi i przeżywałam najlepszy czas w swoim życiu. Przyjaźń zawierała się natychmiastowo i czułam, że jest to najlepsza przyjaciółka świata. Potem upływał rok, ja z mamą po raz kolejny jechałyśmy nad jezioro i poznawałam tam nowe koleżanki, które wydawały się jeszcze fajniejsze od poprzednich. Dziś, nie pamiętam większości z nich, nie mam pojęcia kim były te osoby, ani jak wyglądały.

źródło: weheartit.com

   Dla wielu ludzi poznawanie nowych osób to ich hobby. Kolekcjonują nowe znajomości, niczym znaczki. Przynosi im to pewną adrenalinę, szczęście, wrażenie, że coś się w życiu dzieje. Jako nastolatka miałam grupę przyjaciółek, za które oddałabym palec u nogi. Planowałyśmy swoje śluby i zawsze podkreślałyśmy, że wszystkie znajdziemy się na liście osób zaproszonych. Z roku na rok ta liczba się zmniejszała, aż mogę szczerze powiedzieć wyrównała się okrąglutkiemu zeru. Na moim ślubie lista gości będzie mniejsza o jakieś 20 osób i egoistycznie z wielką chęcią poświecę te pieniądze na  lepszy miesiąc miodowy.
   Wciąż zostałam tą samą otwartą i przyjaźnie nastawioną do ludzi osobą. Gdy poznaję nowe osoby, myślę sobie "ale fajna dziewczyna". To ciekawe jak każdy jest inny, ma inną historię do opowiedzenia. Jednak nie jest to zainteresowanie tak silne, żeby umyślnie powodować sytuacje, gdzie muszę się przedstawiać. 
   Nowe znajomości zawodzą. Z tej miłej, uśmiechniętej i uroczej osoby po kilku godzinach rodzi się wcielony potworek. Złośliwe teksty, fałszywy uśmiech, przesadna pewność siebie, lub wręcz odwrotnie - grymas na twarzy, zamknięta postawa ciała i ciągłe narzekanie na wszystko dookoła. Jestem jak taki naiwny jelonek, który widząc kłusownika myśli sobie "ojej, jaka miła postać, ciekawe czy się razem pobawimy", zaraz potem leży martwy. Kolejny raz jelonek trafia na kłusownika i odgrywa się dokładnie ta sama drastyczna scena. Może pewnego dnia kłusownik naprawdę okaże się bratnią duszą. A może i nie. 

środa, 2 sierpnia 2017

TATUAŻ - tak czy nie?

   Temat tatuażu w mojej głowie - jak u większości młodych ludzi - pojawił się jak jeszcze byłam nastolatką. Jedni mają swój szkic, wybrane miejsce na ciele, studio i zaraz po ukończeniu osiemnastki jest to pierwsza rzecz, którą robią. Ja byłam w tej drugiej grupie i na drugi dzień po skończeniu osiemnastki poszłam do żabki kupić piwo. Tatuaż niby chciałam, ale kiedyś. Czasem bardziej nie chciałam niż chciałam, ale mimo wszystko wciąż o nim myślałam. Jak już po dwudziestym roku życia zdecydowałam, gdzie chcę coś wydziarać, to nie wiedziałam, co to ma być. I tak w kółko - niby fajnie ale jednak nie.

Studio Body Gallery, Bratysława

   Uważam, że jestem osobą kreatywną, ale jakoś rysunki nigdy nie szły mi dobrze. Jeżeli jesteś perfekcjonist/k/ą, osobą która dokładnie wie czego chce w życiu, ma wszystko poukładane od A do Z w każdej sferze swojego życia, to zapewne kwestia tatuażu nie będzie dla ciebie niczym trudnym. Jak chcesz to wiesz co i jak, jak nie to nie. Ja niestety nie jestem perfekcjonistką i z tatuażem też nie byłam. W dobie memów i śmiesznych fanpage na facebooku trudno jest wybrać wzór bez obawy, że będzie z nim coś nie tak. Przyjęłam więc taktykę: co moje to moje i jeżeli zrobię coś nie tak to będzie to jedyne w swoim rodzaju i piękne mimo wszystko.
   Tatuaż robi się zimą. Jest to oczywista oczywistość, więc ja zrobiłam swój latem. Wiecie, słońce, woda, mojito, tequilla, bikini. Wiem, że gdybym nie dała się porwać swojej spontaniczności i poczekała do jesieni, to mój entuzjazm by opadł. Zapisałam się na wizytę 22 czerwca, środek lata w Bratysławie, codziennie 35 stopni i czyste słońce. Do studia doszłam mokrutka, spocona ze strachu i upału na dworze. Leżąc na fotelu czułam się jak bohaterka, zaciskałam zęby z bólu. Byłam dziarana! Będę teraz superbabka - myślałam.
   Po przyjściu do domu ogarnęła mnie panika. Za wzór wybrałam, niby prosty symbol żeński, symbol feminizmu (taki jaki czasem widać na toaletach). Zazwyczaj jest on pionowy, prosty, czasem przechylony w lewo, gdy rysowany w kombinacji z innymi znakami. Mój z powodów estetycznych jest przechylony w prawo. Nie chciałam żeby paski od stanika mi się na niego nakładały. Tak więc  już po wszystkim zaczęłam panikować, że na pewno znak wenus, przechylony w prawo oznacza coś zupełnie innego i za 10 lat dowiem się, że jestem dzieckiem szatana. Po skrupulatnym przeszukaniu internetu nic takiego nie znalazłam, więc przestałam o tym myśleć.
   Teraz trochę konkretów. Oczywiście polecam porę zimową na robienie tatuażu, ze względu na komfort. Latem jest gorącą, mamy częstszy kontakt z wodą, a proces gojenia jest ważny i powinniśmy dbać o higienę tatuażu jak najlepiej potrafimy. Ja pomimo przemywania mydłem dezynfekcyjnym i smarowania maścią kilka razy dziennie już po kilku dniach zauważyłam, że mój wzór traci kolor. Gojenie trwało aż dwa tygodnie i na koniec okazało się, że wypełnienie się nie utrzymało i będę musiała go powtórzyć. Dobre studia tatuażu oferują bezpłatną sesje, więc ja na "drugie dziaranie" pójdę już porą jesienną. Moje długotrwałe gojenie prawdopodobnie było spowodowane wysoką temperaturą mojego ciała z powodu pogody, chociaż możliwe, że pora roku nie ma tu w ogóle znaczenia i to mój organizm tak po prostu reaguje.
   Czy wzór powinien być wyjątkowy i mieć głębokie znaczenie symboliczne? Fajnie jeżeli ma, ale tak, jak pisałam, nie każdy jest perfekcjonistą i uduchowionym artystą. Ja raczej nie lubię opowiadać o znaczeniu mojego tatuażu. Interesuje mnie feminizm, kobiety są mi bardzo bliskie, po prostu lubię płeć żeńską. Jest w mojej głowie o wiele więcej przesłanek związanych z moją własną interpretacją tego znaku, ale tatuaż jest przede wszystkim wzorem estetycznym, który zdobi nasze ciało. Czy każda bombka na choince jest wyjątkowa? Fajnie by było, gdybym na drugi tatuaż poszła ze swoim własnym autorskim wzorem. Może kiedyś spędzę długie godziny na jego tworzeniu, a może spontanicznie coś mi wpadnie do głowy i równie spontanicznie umówię się na wizytę.
   Myślę, że nie warto zadręczać się i podchodzić do życia zbyt poważnie. Pamiętajcie, wszystko co swoje jest piękne i nikt Wam nie wmówi, że jest inaczej! 


środa, 26 lipca 2017

5 filmów o silnych kobietach

   Były seriale, więc teraz będą filmy. Powszechnie feminizm to niezbyt lubiane słowo, a kobiety bardziej wolą określać siebie jako niezależne, niż feministki. Niezależnie od poglądów, uprzedzeń i innych nietolerancji pamiętać trzeba, że nasza niezależność i wolność są skutkiem pewnych sytuacji, które zapoczątkowały właśnie feministki. Nie wiem czy tak chętnie teraz traciłybyśmy wszystkie najcenniejsze nam skarby - zdrowie, dzieci, dom. Walka o równouprawnienie staje się jakąś abstrakcją, bo podstawowe prawa zostały nam dane, gdy nas nie było jeszcze na świecie. Są pewne filmy, które polecam zarówno tym, które nie boją się słowa feminizm, jak i tym które dostają alergii i wyobrażają sobie czarownice na miotłach z palącymi stanikami.



   
   Zaczynam od klasyka - 2004 rok, Hilary Swank jako główna bohaterka. Film opowiada o kobietach w Ameryce, które rozpoczęły walkę z patriarchatem w 1913 roku. Sceny strajku głodowego, były dla mnie jednymi z najdrastyczniejszych i pomimo, że widziałam ten film już jakiś czas temu, wciąż dostaje gęsiej skórki na myśl o tym, co przeżywały te kobiety.


  Na drugiej połowie kuli ziemskiej, mniej więcej w tym samym czasie, w którym Alice Paul walczy o prawa kobiet w filmie Niezłomne, toczy się podobna historia młodych kobiet w Anglii. Ciężko pracujące, wychowujące dzieci i ubezwłasnowolnione przez mężów i ojców, postanawiają zmienić historię. Są czarne parasolki i wybite szyby. Produkcja nowsza, obsada lepsza niż w Niezłomnych, ale nie można obejrzeć jednego filmu, a drugiego nie. Obydwa opowiadają o tym samym, a jednak innym, jeden jest uzupełnieniem drugiego. Oglądałam ze łzami w oczach.


   Historia Michalina Wisłockiej jest zdecydowanie produkcją roku 2017. W księgarniach jej autorska książka sprzedaje się jak gofry w Międzyzdrojach. Zdecydowanie możemy podziękować Marii Sadowskiej i wszystkim ludziom, którzy przyczynili się do powstania tego filmu. Jest to przypomnienie historii, którą nie wszyscy znali. Gdzieś tam, starsze pokolenie, pamięta jak na słowo Wisłocka wszyscy czerwienili się na szkolnych korytarzach. My - młodsze pokolenie - nie bardzo wiemy kto to. Michalina Wisłocka - to wspaniała postać, wybitna ginekolog i silny charakter.

4. Joy

   Moja historia z tym filmem jest nieco bardziej spontaniczna. Siedziałam kiedyś przed telewizorem i  nie mogłyśmy się z mamą zdecydować, co obejrzeć. Mój ojczym przyszedł, wziął pilota, wybrał kanał, wcisnął play i tak pokazała nam się niezwykła biografia Joy Mangano, granej przez Jennifer Lawrence. Upór, wytrwałość i wiara w siebie to przepis na sukces.


   Fajna komedia o kobietach, polecona przez Kazimierę Szczukę w jednym z jej dawnych felietonów.  Film o samym życiu i o przyjaźni ponad wszystko, występuje tu tak zwana "solidarność jajników". Jak pisała K. Szczuka, film przełamuje tabu (zobaczyć można np. ciemnoskórą aktorkę, jako jedną z głównych postaci) i zbliża do siebie kobiety. W porównaniu z powyższymi pozycjami jest to zdecydowanie film do pośmiania się :)

Który film Wam się najbardziej podoba?