poniedziałek, 15 stycznia 2018

4 seriale na Blue Monday


https://dreamyfilms.tumblr.com/image/168333906357
   Wiecie, że dzisiaj jest najsmutniejszy dzień w roku? Najbardziej depresyjni poniedziałek świata. Jest nawet specjalne równanie na obliczenie tego, co nas dołuje. Słońce umarło i od trzech dni nie wynurzam się spod kołdry. Oglądam seriale. Tak naprawdę każda produkcja zasługuje na swoje pięć minut i podzielenie się swoimi odczuciami. Dzisiaj skupiam się jednak na tych serialach, które śniły mi się po nocach. To zapewne tylko kwestia tego, że oglądałam je zaraz przed zaśnięciem, ale księżniczki i sukienki przechodzą w snach niezauważone. To miłe sny, po których budzimy się z uśmiechem na twarzy. Gorzej jest, gdy całą noc zamiast odpoczywać uciekamy przez mordercą lub sami zabijamy kogoś bliskiego.

1. DEXTER

   Ogromne wrażenie wywarł na mnie ten niepozorny z początku bohater. Było to chyba najbardziej traumatyczne przeżycie jakiegokolwiek doświadczyłam oglądając film/serial. Obejrzałam najpierw dwa sezony i zostawiłam Dextera, żeby cieszyć się latem i nie oglądać krwi. Szczerze, myślałam że już nie wrócę do tego serialu, ale ponura jesień i depresyjny nastrój znów zachęciły mnie do włączenia Netflixa. Tak, jestem masochistką. Z początku było ciekawie, ale w miarę jak sezony przelatywały oglądałam odcinki jeden za drugim, żeby skończyć już tę przygodę. UWAGA SPOILER. Było mi bardzo smutno, gdy Rita umarła i cała fabuła straciła dla mnie sens. Jakoś się wyplątało to potem, ale zakończenie było bardzo rozczarowujące. Zrobili z tego typowe science-fiction. Ktoś taki jak Dexter nigdy nie przeżyłby tyle lat pod osłoną swoich sekretów. Zawsze jakimś cudem wszystkie kryzysowe sytuacje kończyły się szczęśliwie i nagle gran finale to domino porażek. To trochę jak, ja gdy kiedyś pisałam opowiadanie i w połowie stwierdziłam, że już nie mam weny, ani w sumie mi się nie chce, więc na odczepnego wymyśliłam tragiczne zakończenie. Nic nie trzymało się kupy, polała się fala krytyki od czytelników, ale ja miałam spokój.

2. STRANGER THINGS

   W życiu bym nie pomyślała, że ten serial zyska taką popularność. Obejrzałam pierwszy sezon, niedługo po tym jak pojawił się na Netflixie tylko dlatego, że Zoella go polecała. Myślę, że ona sama też nie przypuszczała, że po kilku miesiącach WSZYSCY będą znali przygody dzieciaków z Indiany. Kolejne science-fiction, ale o wiele mniej traumatyczne. Są przerażające momenty i sceny trzymające w napięciu, ale dzieciaki są urocze. Do drugiego sezonu podeszłam trochę zniechęcona, pierwsze odcinki były nudne. Roczne przerwy między sezonami zawsze sprawiają, że tracimy sympatię do danego serialu, bo zwyczajnie go już nie pamiętamy. Gdy akcja się rozkręciła przyszedł czas na ostatni, dziewiąty odcinek i znów trzeba czekać kolejne nieskończenie wiele miesięcy.

3. THE STRAIN

   The strain, po polsku „wirus” to kolejna produkcja, gdzie zombie chodzą po ulicach. Jest wiele takich seriali do wyboru, ale ja akurat oglądam ten. Przede mną wciąż czwarty sezon do obejrzenia, ale pamiętam fabułę z poprzednich sezonów, więc nie jest źle. Zdecydowanie coś na piątkowy wieczór.

ALIAS GRACE

   To najświeższe odkrycie na Netflixie. Jeżeli zastanawialiście się kiedyś tak jak ja, czy wszystkie straszne seriale muszę wiązać się z nadprzyrodzonymi istotami, krwią i zabijaniem to odpowiedź brzmi nie. Alias Grace to skrócony serial (jeden sezon, sześć odcinków), który opowiada o skazanej na dożywocie za morderstwo Grace Marks. Akcja rozgrywa się w dziewiętnastym wieku i jest oparty na faktach. Zakończenie to wyobrażenie producentki o tym, jak mogłoby potoczyć się życie bohaterki po traumatycznych przeżyciach, ponieważ w pewnym momencie ślad po niej zanika i nikt nie wie co tak naprawdę się wydarzyło. Bardzo ciekawy serial, myślę że to trochę lepiej spędzone kilka godzin przed telewizorem, niż na oglądaniu wymyślonych bajek o dobrych mordercach i wyimaginowanych potworach.


Miłego poniedziałku!


czwartek, 4 stycznia 2018

Kilka przemyśleń na Nowy Rok


   Powroty do domu na święta są niczym duża paczka żelków Haribo. Cieszą i ekscytują. Dom to w końcu dom. Na nowo odkrywałam ulice, zwiedziłam zamek, do którego nigdy nie chodziłam, chyba że pod przymusem nauczycieli podczas wycieczek szkolnych lub by po kryjomu robić próby taneczne na schowanym dziedzińcu. To było 8 lat temu. Miasta rodzinne, szczególnie te mniejsze, w ogóle się nie zmieniają. Po pięciu dniach objadania się domowym jedzeniem i spania do 11 poczułam, że czas wracać do siebie. Poniżej moje przemyślenia po okresie świątecznym.

Polubiłam dorosłe życie.

   Jeszcze niedawno lamentowałam, że tęsknię do beztroskiego życia studenckiego, a jednak. Lubię spędzać dnie w pracy, na robieniu zakupów i porządkowaniu mieszkania. Lubię nawet ugotować coś czasem, bo kopytka zrobione samemu smakują lepiej niż najdroższy kawior. Lubię w weekendy iść na spacer, basen, czy do muzeum. Po prostu lubię czuć, że mam los w swoich rękach i obok nikogo kto mnie wyręczy.

Mój pokój już nigdy nie będzie taki sam.

   Długo zajmuje mi przyzwyczajanie się do nowości, ale jak już się z nimi oswoję to naprawdę się do tego stanu rzeczy przywiązuję. Pokój w moim rodzinnym domu był kiedyś moim azylem. Sama malowałam ściany, sama wybierałam meble, wszystko było takie jakie wymarzyłaby sobie szesnastolatka. Pomimo tego, że większość rzeczy jest nienaruszona to nie jest to już MÓJ pokój. Czuję się w nim obco, bo moim azylem stało się moje nowe mieszkanie. Nawet łóżko z baldachimem stało się jakoś nieznośnie niewygodne i o wiele lepiej wysypiam się w Bratysławie.

Nie mam żadnych postanowień noworocznych.

   Przed i po Sylwestrze internet zalały podsumowania roku 2017, postanowienia na 2018, podziękowania i wiele innych. Ja pierwszego stycznia obudziłam się potwornie smutna, że jestem o kolejny rok starsza. Ciągle żyję w 2016 roku, kiedy najwięcej przełomowych rzeczy wydarzyło się w moich życiu. No i miałam 22 lata. Dwadzieścia cztery brzmi okropnie i nie chce myśleć o tym, że będzie tylko gorzej.

Tęskniłam za sushi.

   To był taki mały detoks, odwyk od uzależnienia. Przez przerwę świąteczną jadłam stosunkowo mało, wszystko domowe i zdrowe. Po prawie trzech tygodniach „diety” chińskie jedzenie dalej mnie odrzuca, ale sushi nie mogłam się oprzeć.

Jestem szczęśliwa.

   Szczęście to pojęcie bardzo względne i bardzo subiektywne. Spędzenie kilku tygodni w miejscu, w którym mieszkało się przez 20 lat to trochę taki flashback, powrót do przeszłości. Z jednej strony nic się nie zmieniło, patrzysz w swoje wielkie lustro i wszystko wygląda prawie identycznie. A jednak zmieniło się wiele. Jeżeli po kilku latach od wyprowadzki wracasz na stare śmieci i wciąż za nimi tęsknisz, wspominasz jak kiedyś było cudownie, to chyba zły znak. Ja nic bym nie zmieniła, mogłam podjąć inne decyzje i być teraz w innym miejscu, ale wybrałam tę opcję i jestem z niej zadowolona. Nie można być w trzech miejscach naraz, trzeba podejmować decyzje, a to sprowadza nas do punktu pierwszego. Trzeba polubić bycie dorosłym ;)


   Nie mam pojęcia co przyniesie ten rok, za bardzo też się nad tym nie zastanawiam. Może 2018 będzie przełomowy jak 2016 rok i zmieni się wszystko, a może wcale niewiele. Tylko niech te lata przestaną lecieć, bo dwadzieścia cztery świeczki na torcie to o cztery za dużo.


piątek, 22 grudnia 2017

Markety świąteczne, które warto odwiedzić

źródło: https://weheartit.com/entry/299623817?context_page=2&context_query=christmas+vienna&context_type=search
   Święta tuż tuż, dzisiaj u lekarza świeciły pustki. Z panią doktor zgodnie doszłyśmy do wniosku, że wszyscy chodzą po supermarketach a nie po gabinetach lekarskich. W Szczecinie nie znajdziemy wielkich marketów świątecznych, raczej te małe, bardzo lokalne. Co roku na truskawki w czekoladzie, grzane wino i pierniczki z lukrem jeździłam do Berlina. Od zeszłego roku jednak odwiedzam też inne miasta. Jakie?

1. Numer jeden, TOP w tym roku to Wiedeń. Pojechałyśmy z A. na weekend do Austrii, wynajęłyśmy bardzo tanie air bnb i w sumie zbytnio się nie przygotowałyśmy do tej podróży. Totalny spontan. Wiedeń nas jednak bardzo zaskoczył. Jest przepiękny! Miasto lśni złotymi kolorami, sklepy są poubierane w wielkie kokardy, główny deptak jest magiczny. Market świąteczny przy ratuszu jest zdecydowanie moim zwycięzcą i pozostanie w pamięci na długi czas. Znajduje się tam najpiękniejsze  i chyba najciekawsze lodowisko jakie do tej pory widziałyśmy.

2. Przez długie lata mój faworyt Berlin, spadł o jedną pozycję wygryziony przez Wiedeń. Jednak nie odbiera mu to zalet i wielu plusów. Każdy powinien pojechać do Berlina chociaż raz w życiu na święta. W stolicy Niemiec specyficzne jest to, że wielkie markety świąteczne (dorównujące temu w Wiedniu) znajdują się w każdej dzielnicy. I każdy jest inny i równie ciekawy. Są mini wesołe miasteczka, przepyszne smakołyki i świetna atmosfera.

3. Bratysława, bo tam mieszkam. Mówi się, że wszędzie dobrze ale w domu najlepiej. Bratysława stała się już moim domem, więc nie byłabym sobą gdybym nie uwzględniła jej w top trójce. Zdecydowanie Bratysława wypada lepiej niż moje rodzinne miasto. Drzewa i ulice są pięknie udekorowane, na każdym większym placu znajduje się malutkie lodowisko. Najbardziej podoba mi się scena, gdzie w sobotnie popołudnie można przyjść posłuchać sobie kolęd. Mieszkanie w stolicy jest fajne, bo zawsze się coś dzieje i jest dużo ludzi.

4. Praga, o której muszę napisać, bo częściej ludzie jeżdżą na wycieczki do Czech niż Słowacji. Niestety jako mieszkanka Bratysławy wolę market świąteczny w moim mieście. Ten w Pradze niczym mnie nie zachwycił, był zupełnie zwykły. Oczywiście warty odwiedzenia, Praga to w końcu jedna z najbardziej światowych stolic europejskich.

Wesołych Świąt!





wtorek, 19 grudnia 2017

Moje inspiracje

   Internet ocieka pięknymi zdjęciami, filmikami motywującymi, radami jak żyć. Czasem myślę sobie, że nasza potrzeba przeżywania doświadczeń osobiście maleje. Dlaczego mam lecieć na Islandię i wydać nieprzyzwoitą sumę na wycieczkę, gdzie zmarznę, będę spała w złych warunkach i jadła po taniości, skoro równie dobrze mogę z mojej sofy, spod kocyka obejrzeć niezliczoną ilość pięknych filmików stworzonych przez innych ludzi, którzy polecieli na wyspę? I przeżyli to wszystko, czego ja nie, ale jakaś namiastka zawsze ze mną zostaje. Jak zdecyduję się na lot na Islandię to przesortuję cały internet, przeczytam wszystkie wskazówki i przewodniki i tak naprawdę będę stąpać po czyiś ścieżkach. I zrobię filmik na wzór tych, które oglądałam przed wyjazdem. To jest zawsze inna perspektywa, przekazanie innych emocji, ale to te same ścieżki. Taka trochę nadgryziona czekolada oreo. Nie ma tu miejsca na niespodziankę, na uczenie się na własnych błędach, bo ktoś już je popełnił i się tym podzielił ze światem. Ten komfort dostępu do informacji w sieci zamienia się dla mnie trochę w nudę. To nie są już martwe, pojedyncze zdjęcia w papierowym przewodniku. To pełni życia opisy i relacje, przekazane dokładnie tak, jakbyśmy sami je przeżywali.
   Jest to trudny temat, musiałabym zmiażdżyć ruter i pozbyć się telefonu. Mimo wszystko tego nie robię. Mimo wszystko są jeszcze rzeczy, które mnie inspirują i które dają mi natchnienie.

Kanał Globstory na YouTube - Kaja jeździ tam, gdzie inni raczej nie. Rzuciła pracę i pojechała w świat robić filmiki. Jest jak dobra koleżanka.

Instagram Sukiicat, to najlepszy przykład tego jak być przedsiębiorczym. Kupić pięknego kota, przeprowadzić się do Kanady i mieć dobry aparat.

Kanał Jessica Kellgren-Fozard na Youtubie, ten kanał równie dobrze mógłby się nazywać „kreatywny”, ponieważ tyle ile tutaj spotyka nas niespodzianek i jak bardzo interesującą osobą jest Jessica starczyłoby kreatywności na pięć innych kanałów i osób.

Marzia, jest dla mnie spokojniejszą i dojrzalszą wersją Zoelli. Lubię to, że ma krótkie filmiki i jest taka...trochę melancholijna, a przy tym wszystko jest pokazane w przepięknej oprawie.

Instagram Blanca Suarez, to moja ulubiona hiszpańska aktorka. Pomimo swojej popularności nie jest w ogóle mainstreamowa. Jakby zatrzymała się w poprzednim wieku, a przy tym cała jej twórczość jest dla mnie bardzo awangardowa.

Występ Seleny Gomez na American Music Awards i jej blond włosy na punkcie, których oszalałam.


Każdego tygodnia wpada mi coś nowego, o czymś innym zapominam. Te wyżej wymienione są ze mną już jakiś czas i wciąż miło mi się na nich patrzy.

A Wy czym się inspirujecie? :)


https://www.instagram.com/sukiicat/
https://www.instagram.com/selenagomez/?hl=pl

https://www.instagram.com/blanca_suarez/?hl=pl