niedziela, 4 grudnia 2016

Czerwone czasy

   Piękna kobieta, z soczystą górną wargą, kocim piwnym spojrzeniem, w czerwonej koronkowej bieliźnie uwydatniającej pełny biust, seksownie trzymająca misia, patrzy na Ciebie zza szkła budki na przystanku autobusowym. Patrzy też z telebimu na środku placu w centrum miasta. I z witryny sklepu. Generalnie jest wszędzie, tam gdzie ty. Towarzyszy ci w drodze na festiwal pizzy w ulubionej knajpie i podczas zamawiania zestawu z muffinem w pobliskiej kawiarni.
 
   Na pewno nie jestem jedyna, która wylewa swoje żale do kubka herbaty i ubolewa nad współczesnym stylem życia. Nie sądzę jednak, żeby życie w innym półwieczu czy innej epoce, było lepsze czy łatwiejsze, ale dobrze jest zwalić na nowe czasy. Ta sztuczność ma w sobie pewien urok, bo wszyscy dajemy się na nią nabrać. Kupujemy kawę dla designerskiego kubka, robimy zdjęcia dla lajków i jeździmy na weekend do SPA, by mieć co opowiadać później w pracy. Moja herbata ma mnie już dość i patrzy na mnie z politowaniem. Ile jeszcze? Więcej nie zniosę. A jednak zawsze cierpliwa mi jest, gdy do niej wracam z nadzieją, że zaleje mi komputer i w końcu zostaniemy same.

   Niestety tak się nie dzieje i nie tylko moja ale też herbata innych nie zalewa im komputerów. Oni sami szukają więc innego rozwiązania. Ty mi nie pomożesz? To sam sobie pomogę! I tak tworzą się zwierzaki towarzyskie, które w zaciszu domowym łkają do poduszki i wylewają żale do nieszczęsnego kubka herbaty. To taki styl, unikatowy a coraz bardziej powszechny u dorosłych. Sama go praktykuję. Coś w stylu, możemy się przyjaźnić ale na odległość, raz w miesiącu. Lubię samotność. Lubię mój kubek. Nie lubię kobiet z soczystymi wargami patrzącymi na mnie, gdy jem pizze. Mimo wszystko to ja chciałabym być tą kobietą. A czy ona sama lubi to, że patrzy na ludzi w ich codziennym szarym życiu? Czy sama nie ma szarego życia? Może nawet nie lubi tej bielizny, w której pozuje. Na pewno woli herbatę.





sobota, 3 grudnia 2016

Sobotnie poranki

   Czym jest szczęście? Oh, jakie to banalne. Ileż to razy czytaliśmy poradniki o tym jak stać się szczęśliwszym, jak odmienić swoje życie, co sprawia że czujemy się lepiej. Ale wciąż, czy można być radosnym 365 dni w roku przez średnio 70 lat?
   Czasem zdaje mi się, że jestem najszczęśliwszą osobą na świecie i nic mi więcej do życia nie potrzeba (no może dobry samochód i piękny dom w Hiszpanii by się przydały). Ale są takie dni kiedy jestem zmęczona, zmarznięta, głodna i zła bez powodu. Wtedy nie jestem szczęśliwa. Czym jest w takim razie to idiotyczne szczęście? Im więcej razy wymawiam to słowo, tym bardziej mnie irytuje i mam ochotę skopać je, poskakać po nim i wyrzucić do najbardziej obrzydliwego śmietnika by gniło.
   Ciągłe pytania, ciągłe myśli. A może w Londynie byłabym szczęśliwsza? A może Barcelona? Berlin? Kraków? A może to dwupokojowy apartament sprawi, że nigdy już nie będę głodna, zła i zmarznięta w tym samym czasie? Nie, nie. To na pewno milion euro na koncie sprawi, że już nigdy nie obudzę się niewyspana i w złym humorze w sobotni poranek.
   Zastanawiam się czy na świecie istnieje chociaż jedna osoba, która codziennie przez całe swoje życie ma uśmiech na swojej twarzy i siły, by zarażać innych swoich optymizmem. By walczyć ze złem, pocieszać innych i nieść dobro. Gdziekolwiek jesteś, to daj znać. Umówimy się na radosną kawę z kawałkami motywującej adrenaliny. Jednakże, kimkolwiek jesteś to jesteś prawdopodobnie mężczyzną, który 80% czasu w swoim życiu spędzają na neutralnym podejściu do życia. Bycie neutralnym jest nie w moim stylu. Albo jest idealnie, albo tragicznie, czasem mi się miesza i już sama nie wiem jak jest, ale na pewno jak zapytasz, to powiem, że źle.

   Miłego weekendu! Jutro niedziele a w niedziele wszyscy są szczęśliwi, prawda?


wtorek, 9 sierpnia 2016

5 wakacyjnych miejsc w Bratysławie

Lipiec i sierpień to miesiące wakacyjne o czym najpewniej możemy się przekonać przy wszelkich próbach załatwiania spraw, np. w urzędach. Studenckie miasta się przerzedzają, a turystyczne zaczynają męczyć grupami obcokrajowców zajmujących chodniki. Na portalach społecznościowych poznać można cały program zwiedzania Grecji, Hiszpanii czy Włoch oraz wszystkie najmodniejsze kroje tegorocznych strojów kąpielowych. Sami zaczynami odczuwać presje, że trzeba spełnić obowiązek lipcowo-sierpniowego zapełnienia czasu w jak najdalej położonym geograficznie miejscu z hotelem z katalogu. A co jeśli robimy sobie wolne od wakacji w tym roku?

Nie oszukujmy się wakacje męczą. Długie poszukiwania odpowiedniego transportu i zakwaterowania, podróż i długie kilometry spacerów, żeby odwiedzić każdy zakamarek odwiedzanego miejsca. Każdy kto ma choć trochę ambicji i spędza czas urlopu aktywnie, wie jak bardzo zmęczonym wraca się po tych dwóch tygodniach do domu.

Ja w tym roku robie sobie właśnie wolne od wakacji. Po skończeniu studiów skupiłam się na szukaniu pracy i nie starczyło mi go już na wyjazd do ciepłych krajów. Świat nie taki zły, bo istnieje wiele atrakcji, które można znaleźć w każdym mieście i poczuć się jak na wakacjach, które nie zabierają nam wcale a wcale energii, czasu i pieniędzy.

Jako świeżo upieczona mieszkanka Bratysławy polecić mogę naprawdę wiele miejsc, w których pokazać się można zarówno w swoim najmodniejszym bikini, zdobyć naturalną opaleniznę, a nawet zdjęcia wcale nie gorsze od tych z Grecji, Hiszpanii czy Włoch! ;)

1. Zlaté piesky

Jezioro położone kilka kilometrów od centrum, ze znakomitym dojazdem. Dojeżdża tam zarówno tramwaj jak i autobusy. Jako jedyne miejsce posiada wiele atrakcji: wakeborading, rowery wodne, łódki, mini golf, siatkówka i wiele innych. Wstęp kosztuje 3 euro, lecz istnieje możliwość wejścia na plażę niestrzeżoną. Dodatkowo znajduje się tam elegancki bar z muzyką, w którym co jakiś czas organizowane są imprezy lub festiwale. Byłam tam w weekend i oczywiście było dość tłoczno, lecz bardzo klimatycznie!



2. Letné kúpalisko Tehelné pole

Jest to okryty basen, który znajduje się bardzo blisko centrum. Lokalizacja jest idealna i bardzo przyjemnie jest wybrać się tam spacerkiem 15-20 minut. Wstęp kosztuje około 2 euro, byłam tam w ciągu tygodnia i prócz kilku bawiących się dzieci była zupełna pustka, idealna dla miłośników spokoju. Na terenie znajdują się dwa baseny, grzybek (fontanna), dwie zjeżdżalnie, a także bar, w którym można dobrze zjeść.



3. Letné kúpalisko Delfín

Blisko centrum w Bratysławie znaleźć można dwa baseny i prócz wcześniej wspomnianego jest też drugie. Trochę gorsza lokalizacja, w środku tygodnia tłoczno i bardzo głośno, ale istnieje możliwość wypożyczania leżaków, czego nie było w poprzednim. Bar również kiepsko zaopatrzony, raczej się tam nie najemy. Jest to typowe kąpielisko, najbardziej przyjazne dzieciom i ich rodzicom.



4. Kuchajda

Znajduje się bardzo blisko centrum i galerii handlowej Polus City Center. Na miejscu co kilka metrów znajdują się przeróżne bary z muzyką na żywo, boisko do koszykówki, pole do siatkówki, możliwość wypożyczenia łódek i wiele innych. Jezioro jest niewielkie, ale posiada wiele atrakcji. Niestety nie ma tam sztucznej plaży, ani nic co ułatwiałoby położenie się przy wodzie, ponieważ samo jezioro znajduje się o wiele niżej niż ląd i najzwyczajniej w świecie się spada i jest niewygodnie. Sama woda też nie jest zbyt czysta, polecam tam raczej granie w siatkówkę niż kąpiel ;)

5. Nové Košariská

 Najwięcej dobrych opinii słyszałam o jeziorze z plażą położonym 20 km od miasta. Pociąg odjeżdża co godzinę w obydwie strony, a bilet kosztuje zaledwie 1 euro. Wstęp jest bezpłatny, a na miejscu znajdziemy bar z pysznym burgerem i kamienistą sztuczną plażę. Woda jest pięknie błękitna i przeźroczysta. Znajdziemy tam także cypel, który umożliwia położenie się na trawce. W weekend nie jest zbyt tłoczno i nie ma zbyt wielu ludzi.



 Jak widać Bratysława oferuje wiele możliwości spędzenia wakacji bez wyjazdu, jestem pewna, że każdy kto w tym roku robi sobie "wolne" od wakacji może znaleźć coś ciekawego w swoim mieście! :)


środa, 3 sierpnia 2016

Lorraine V. Murray w autobiografii „Byłam feministką”

Często podejmujemy w życiu decyzje, które w danym momencie wydają nam się najlepszym rozwiązaniem. Z biegiem czasu uświadamiamy sobie, że to jednak nie do końca to, czego byśmy chcieli i zmieniamy nasze plany. Zawsze myślałam, że jestem osobą bardzo konsekwentną, rozważną i poukładaną. Musze przyznać, że moje mniemanie było nieco wygórowane.

Analizując ostatnie lata zauważyłam, że owszem są decyzje, które podjęłam i konsekwentnie je realizuję. Taką decyzją były studia, tymczasowa praca, relacje z bliskimi, związek. Ale są też przedsięwzięcia, które co chwila porzucam i zaczynam myśleć, że jestem beznadziejna, jeśli chodzi o długotrwałość. Zauważyłam też, że temat dotyczy najczęściej wszystkiego, co sprawia mi przyjemność lub myślę, że jest moją pasją. Ja po prostu nie umiem wybrać jednej konkretnej i zająć się jej rozwijaniem. Co chwila mam nowy pomysł, wracam do starego lub tymczasowo nie zajmuje się niczym innym niż obowiązkami. Zdawać by się mogło, że to lenistwo, porywczość czy niezdecydowanie. Ale jak się tu zdecydować, gdy świat oferuje tyle możliwości? Jak wybrać temat, który nas interesuje skoro uwielbiamy zarówno teatr, feminizm, powieści romantyczne i przygody podróżnicze? Jak połączyć ze sobą tak skrajne kategorie? Taniec czy joga? Chrześcijaństwo czy buddyzm? Wegetarianizm czy dieta bezglutenowa?

Z takimi samymi dylematami zmagała się Lorraine V. Murray w autobiografii „Byłam feministką”. Jest to jedna z tych książek, które kupiłam przy okazji pisania pracy licencjackiej. Choć trafiła na moją „półkę oczekujących” już dawno temu, dopiero teraz ją przeczytałam. Niestety nie wykorzystałam żadnego jej fragmentu do mojej analizy badawczej, aczkolwiek jest to bardzo interesujące czytadło na wieczorny relaks.

Lorraine szczegółowo opisuje swoje życie już od najmłodszych lat dzieciństwa. Jak sama pisze na jej historie składają się czynniki, które znacząco wpłynęły na podjęte później decyzje: „niczego nie dało się ominąć, ostatecznie więc musiałam opowiedzieć wszystko od początku do końca”.

Autobiografia na pierwszy rzut oka może wywoływać mieszane uczucia. Tytuł „Byłam feministką” i krótki opis na tylnej okładce dają wrażenie książki pełnej wrogości wobec nurtu feministycznego, a fanatycznego wyznawania wiary chrześcijańskiej przez autorkę. Już po pierwszych stronach przekonać się jednak można, że Lorraine jest osobą bardzo otwartą, która wiele w życiu przeszła a na koniec wybrała ścieżkę, która daje jej spełnienie i szczęście w życiu codziennym. Choć sama zgadzam się z wieloma aspektami feminizmu i nie zgadzam z wieloma katolicyzmu, książka ani przez chwile nie wzbudziła we mnie negatywnych emocji. Czytałam ją przesycona ciekawością, jedynie pod koniec zdarzało mi się ziewnąć na przydługich, szczegółowych opisach wiary chrześcijańskiej. Zarzuciłabym wręcz chęć usilnego wzbudzenia kontrowersji przez wydawnictwo, które w streszczeniu wykorzystało fakty, moim zdaniem, nie na tyle ważne by poświęcać im okładkę, która decyduje o tym czy czytelnik sięgnie po książkę czy nie. Tym bardziej, że sama autorka wspomina o nich w jednym zdaniu, gdzieś pomiędzy jednym a drugim rozdziałem.


„Byłam feministką” to ciekawa opowieść o kobiecie, która poszukuje sensu swojego istnienia. Wychowana w rodzinie o ścisłych zasadach, udając się na studia zrywa przysłowiowy łańcuch i popada w skrajne emocje. Szukając swojej tożsamości, pomimo kariery zawodowej, wciąż jest sfrustrowana i nieszczęśliwa. Wyznawane poglądy zaczynają jej ciążyć, a szczęście sprawia, że choć początkowo nieśmiało, to wkracza na nową ścieżkę, która powoduje przyjemne mrowienie w jej ciele.